-, Najnowsze teksty w serwisie-Festiwalizacja filmowa w Polsce — trucizna czy lek?

Festiwalizacja filmowa w Polsce
— trucizna czy lek?

Robert Birkholc

Zjawisko festiwalizacji kultury, o którym socjologowie mówią od ponad dwudziestu lat, zazwyczaj oceniane jest krytycznie. Po raz pierwszy pojęcie to pojawiło się w tekście Hartmuta Haussermanna i Waltera Siebla, którzy na początku lat 90. XX wieku zwrócili uwagę na to, że w ostatnim czasie państwa zachodnie dotują i promują przede wszystkim wielkie, pojedyncze wydarzenia, co negatywnie odbija się na innych, całorocznych inicjatywach kulturalnych[1]. Obiektem krytyki socjologicznej jest jednak przeważnie nie tyle polityka instytucjonalna, co charakter współczesnych festiwali, które niczym w soczewce skupiają w sobie rozmaite cechy kultury ponowoczesnej. Choć pojawiają się głosy, że tego rodzaju imprezy pozwalają wejść uczestnikom w „czas święty”[2], to jednak wielu komentatorów wskazuje na powierzchowność wrażeń, jakie zapewniają eventy. Zdaniem krytyków zjawiska, festiwalowicze nie mają możliwości, by świętować, ponieważ są bombardowani atrakcjami, które zostały na siłę „upakowane”[3] w jednym miejscu i czasie. W sytuacji, kiedy rozmaite wydarzenia odbywają się równolegle, uczestnicy „nawigują po morzu symultaniczności”[4] i często szybko porzucają jedną atrakcję, by zakosztować innej.

Pozostawiając na boku ocenę słuszności tych chyba nazbyt jednostronnych tez, warto zastanowić się, na ile takie zarzuty mogą być adekwatne w stosunku do dziedziny filmu. Co oczywiste, festiwale filmowe mają nieco inną rangę niż rozmnożone w ostatnich latach imprezy w stylu Festiwalu Pasztetników i Potraw z Gęsi czy Festiwalu Golonki. Zazwyczaj nie gromadzą one przypadkowej publiczności, lecz skupiają określone grupy kinomanów, ewentualnie same rozbudzają zainteresowanie i inicjują modę na pewne trendy. Nie oznacza to, że imprezy filmowe są zupełnie wolne od „wirusa festiwalozy”, który tak krytykują socjologowie. Oczywiście i w tym przypadku mamy do czynienia z akumulacją wydarzeń, która nie sprzyja spokojnemu oglądaniu filmów. Pogrążeni w festiwalowym szaleństwie, nawet najbardziej wytrawni kinomani po obejrzeniu kilkudziesięciu produkcji w kilka dni czasem już tylko półświadomie odhaczają kolejne dzieła z listy i przysypiają na porannych lub wieczornych seansach. Pomimo to, festiwale filmowe wydają się najlepszym dowodem na to, jak duże korzyści może przynieść zjawisko festiwalizacji.

Nawigacja kontrolowana

Obronę festiwali filmowych trzeba zacząć od argumentów najbardziej oczywistych. W przypadku dużej części imprez poświęconych X muzie nie można mówić o przygodności doświadczenia uczestników, która jest jedną z najbardziej krytykowanych cech „festiwalozy”. Choć istnieją festiwale przyciągające widzów głównie malowniczą scenerią czy obecnością celebrytów, to jednak przeważająca część tego rodzaju imprez jest silnie sprofilowana i skierowana do publiczności o mniej lub bardziej sprecyzowanych upodobaniach filmowych[5]. Wbrew egalitarnemu charakterowi festiwalizacji, imprezy artystyczne pretendują do miana wydarzeń, które skupiają szczególnych odbiorców — świadomych, wymagających i mających duże potrzeby kulturalne. Dobrym przykładem mogą być festiwale organizowane w lecie, podczas których „zamiast na słoneczną plażę na cały turnus trafia się do ciemnej sali kinowej”[6]. Jak zauważa Rafał Syska, „spędzanie wakacji w salach kinowych stało się więc modną alternatywą dla plaż i gór”[7]. Pomimo coraz większej popularności festiwali filmowych, można chyba mówić o swego rodzaju poczuciu elitaryzmu uczestników, którzy odrzucają czysto rozrywkowe formy spędzania czasu, by obcować ze sztuką.

Także wybór konkretnych filmów przez festiwalowiczów nie jest zazwyczaj przypadkowy. Nagromadzenie seansów przyprawia o zawrót głowy, jednak można dokonać starannej selekcji i zaprojektować harmonogram zgodnie z własnymi upodobaniami, w czym pomaga np. udostępniany na niektórych stronach internetowych system metek[8]. Najważniejszy jest jednak interakcyjny aspekt festiwali, które stają się platformą wymiany poglądów i ośrodkiem popularyzacji kina. Szczególne zasługi mają pod tym względem festiwale zainicjowane przez Romana Gutka. Dyskusja na temat produkcji pokazywanych na Nowych Horyzontach i American Film Festival odbywa się nie tylko w przestrzeni kinowej, lecz także na prywatnych blogach i na oficjalnym forum internetowym[9], dzięki czemu szersze grono odbiorców może dowiedzieć się o istnieniu zupełnie niszowych filmów. To właśnie Nowe Horyzonty rozbudziły u nas zainteresowanie tzw. slow cinema i rozsławiły reżyserów takich jak Bruno Dumont. Wybrane filmy z festiwalowego repertuaru są ponadto wydawanie na DVD i trafiają do dystrybucji kinowej. Można powiedzieć, że od ponad dziesięciu lat mamy dzięki temu do czynienia z modą na trudne, awangardowe, „nowohoryzontowe” kino.

O swego rodzaju snobizmie festiwali można mówić także w odniesieniu do sfery zachowań i nawyków uczestników. Na poważniejszych imprezach filmowych pojawiają się komunikaty z prośbą o wyłączenie telefonów komórkowych, a spóźnieni widzowie czasem w ogóle nie są wpuszczani na salę. Bartosz Żurawiecki w 2014 roku tak komentował zmiany, jakie zaszły w zachowaniach publiczności na Nowych Horyzontach:

„Kiedyś także atmosfera na sali była dużo bardziej ludyczna. Młodzi widzowie reagowali śmiechem, piskiem, okrzykami na dzieła nowohoryzontowe. Sceny seksu wprawiały w zakłopotanie pokrywane nerwowym rechotem, dłużyzny kwitowano złośliwymi komentarzami, błyskały telefony komórkowe wyciągane bez żenady, gdy znudziły ci się drgnienia duszy i penisa reżysera prezentowanego filmu. Od tamtego czasu jednak festiwal wykształcił i wyedukował publiczność, tak więc najstraszniejsze nawet awangardy przyjmowane są dzisiaj w skupieniu, milczeniu i nagradzane potem oklaskami. To, oczywiście, dobrze, ale brakuje mi spontaniczności i krytycznej odwagi ze strony widzów”[10].
Jak widać, festiwale filmowe nie prowadzą do karnawalizacji kultury, jak chcieliby krytycy zjawiska, ale wręcz odwrotnie — próbują kreować wzorce obcowania ze sztuką wysoką.

Wbrew obawom socjologów, trudno utyskiwać też na multiwydarzeniowość festiwali, na których seanse filmowe nie są jedyną dostępną atrakcją. O ile można mieć wątpliwości, czy warsztaty kulinarne rzeczywiście są na tego typu imprezach potrzebne, o tyle wszelkie wydarzenia powiązane z tematem prezentowanych dzieł nie powinny budzić niczyjego sprzeciwu. Ważnym elementem festiwali są rozmowy z twórcami, którzy zazwyczaj chętnie wchodzą w interakcję z publicznością, niezależnie od tego, czy są uznanymi mistrzami kina (jak zdarza się na Nowych Horyzontach), czy początkującymi twórcami (np. na Koszalińskim Festiwalu Debiutów Filmowych Młodzi i Film). Spotkania poświęcone zagadnieniom społecznym i cywilizacyjnym pozwalają natomiast odczytać filmy w szerszym, ogólnokulturowym kontekście. Festiwale są także doskonałym miejscem na refleksję na temat przyszłości kina, której służyć mogą chociażby pokazy VR-owe (np. na Millenium Docs Against Gravity). Granica pomiędzy filmem a innymi formami komunikacji staje się coraz bardziej płynna, dlatego interdyscyplinarność festiwali wydaje się wręcz koniecznością.

Więcej niż event

Trzeba podkreślić, że dobre festiwale nie dają sprowadzić się do roli cyklicznych wydarzeń i silnie oddziałują na kulturę filmową w Polsce, także poza czasem trwania imprezy. Często towarzyszą im rozmaite inicjatywy edukacyjne, takie jak warsztaty, akademie i konkursy, których celem jest propagowanie X muzy i upowszechnianie wiedzy o kinie. Adresatami wielu wydarzeń są najmłodsi widzowie, którzy mogą spróbować swoich sił w animacji poklatkowej lub zmontować własny film krótkometrażowy. Festiwale mogą być także kuźnią krytyczno-filmowych talentów — w czasie przeglądów coraz częściej organizowane są warsztaty pisania o filmie oraz konkursy na najlepsze recenzje. Krytycy doczekali się zresztą własnego święta — jest nim łódzki Festiwal Krytyków Sztuki Filmowej Kamera Akcja, na którym honorowani są autorzy najciekawszych tekstów oraz najlepsi prelegenci. Impreza ta stanowi przestrzeń debaty nad zadaniami współczesnej krytyki filmowej i ułatwia start początkującym recenzentom.

Może najważniejszą misję edukacyjną festiwale spełniają jednak w mniejszych miastach, np. w Koninie, gdzie od ponad 60 lat odbywa się OKFA, czyli Ogólnopolski Konkurs Filmów Niezależnych. Jako że wydarzenie poświęcone jest kinu amatorskiemu, szczególnie istotną rolę odgrywają tu odbywające się po projekcjach rozmowy z uznanymi twórcami, którzy dzielą się z początkującymi reżyserami własnymi refleksjami. Choć zgłoszenia do konkursu głównego dość rzadko pochodzą od mieszkańców regionu, to jednak koninianie aktywnie uczestniczą w festiwalowych wydarzeniach[11]. W trakcie trwania OKFA organizowane są rozmaite warsztaty, adresowane przede wszystkim do dzieci i młodzieży z okolicznych szkół. Uczestnicy mają szansę zrealizować swoje pierwsze etiudy, które są następnie pokazywane publicznie na gali zamykającej festiwal. Warto dodać, że uczniowie z lokalnych szkół są również stałymi gośćmi pokazów, a festiwal, jak mówi dyrektor OKFA Paulina Pachulska-Wojdak, znalazł się w kalendarzu wydarzeń uzupełniających edukację szkolną.

Choć sama impreza trwa przeważnie 3–4 dni, to jednak oddziałuje na kulturę filmową w Koninie przez cały rok. Swego rodzaju łącznikiem pomiędzy kolejnymi edycjami wydarzenia jest całoroczny cykl „Środy z kinem niezależnym”, w ramach którego przedstawiane są filmy nagrodzone nie tylko na OKFA, ale też na innych krajowych festiwalach. Dzięki tej inicjatywie wykształciła się grupa kinomanów, którzy uczestniczą w festiwalu, a w ciągu roku przychodzą na środowe pokazy. Budzi to tym większe uznanie, że mowa tu nie o znanych produkcjach, ale o niszowym kinie niezależnym. Konin jest zresztą świadectwem pozytywnego wpływu festiwali na życie kulturalne także z innego powodu — w lokalnym kinie można zobaczyć wybrane filmy z Afrykamery, Wiosny Filmów czy Transatlantyku. Już w co najmniej kilkunastu mniejszych miastach w Polsce organizowane są repliki niektórych dużych festiwali.

Festiwalem upowszechniającym wiedzę filmową w regionie jest także Festiwal Filmowy Hommage à Kieślowski, odbywający się w miejscu, w którym spędził młodość reżyser Trzech kolorów, czyli w Sokołowsku. Położona na Dolnym Śląsku malownicza wieś, znana przed laty z sanatorium dla gruźlików, została po 1989 roku zapomniana, jednak od kilku lat zdobywa rozgłos dzięki interesującej ofercie kulturalnej. Najpopularniejszym wydarzeniem jest właśnie festiwal Kieślowskiego, na którym można zobaczyć nie tylko dzieła reżysera, lecz także nowe filmy, na różne sposoby korespondujące z jego twórczością[12]. Do Sokołowska co roku zjeżdżają przyjaciele i fani artysty, filmowcy i dziennikarze. Choć widzowie z powiatu wałbrzyskiego stanowią małą część publiczności festiwalu[13], to jednak uczniowie szkół gimnazjalnych i ponadgimnazjalnych uczestniczą w rozmaitych wydarzeniach towarzyszących oraz w całorocznych programach edukacyjnych, takich jak Dekalog Pytań, które bezpośrednio odnoszą się do twórczości Kieślowskiego. Wydarzenia te akcentują związki reżysera z Dolnym Śląskim i przyczyniają się do popularyzacji artysty w regionie. Na miejscu funkcjonuje również wciąż rozwijające się Archiwum Krzysztofa Kieślowskiego, które gromadzi rozmaite materiały związane z artystą. Z pewnością dla mieszkańców Sokołowska największe znaczenie ma jednak fakt, że festiwal przyczynił się do reaktywacji lokalnego kinoteatru Zdrowie, w którym w weekendy można zobaczyć nowe ambitne produkcje. Obiekt ten owiany jest legendą — podobno mieszkający naprzeciwko młody Kieślowski, nie mając pieniędzy na bilety, pluł z dachu na odwiedzających kino, bardziej majętnych widzów.

Sokołowsko to przykład tego, że festiwale są czasem silnie związane z danym miejscem i nie muszą być przestrzenią anonimową, zacierającą kulturowe różnice. Szczególne znaczenie ma w tym kontekście nowa impreza Romana Gutka — Podlasie SlowFest, organizowana w wakacje w Supraślu. Przepiękny krajobraz Podlasia, które pozostaje obszarem niewykorzystanym pod względem kulturalnym, stanowi idealną scenerię dla projekcji filmów należących do slow cinema, nieopierających się na dynamicznej akcji, lecz na egzystencjalnej lub metafizycznej zadumie. SlowFest to nie tylko pokazy filmowe, ale też rozmaite wydarzenia związane bezpośrednio z regionem. Prawdziwym ewenementem jest jednak przedział czasowy SlowFestu, który zaczyna się na początku lipca, a kończy w połowie sierpnia. Organizatorzy proponują zupełnie nową formułę festiwalu, jakby specjalnie dopasowaną do wielbicieli slow cinema — wydarzenia nie są skumulowane, lecz rozciągnięte w czasie. Ryzyko tego rodzaju przedsięwzięcia jest oczywiste — festiwalowicze dysponują zazwyczaj ograniczoną ilością czasu wolnego i mogą wziąć udział jedynie w części wydarzeń. Pomimo to, przeważającą część publiczności stanowią właśnie turyści, którzy zaplanowali wyjazd do sanatorium lub urlop w Supraślu specjalnie w czasie trwania SlowFestu[14]. Wbrew oczekiwaniom organizatorów widzowie z okolic są dużo mniej liczni i biorą udział przeważnie w wydarzeniach związanych z kulturą regionu. Trzeba jednak pamiętać, że odbyła się dopiero druga edycja SlowFest, a wykształcenie grupy wiernych widzów zajmuje zazwyczaj wiele czasu.

Przykład imprez filmowych pokazuje, że zjawisko festiwalizacji jest bardzo złożone i wymyka się jednoznacznej charakterystyce. Choć festiwale oskarżane są o „makdonaldyzację” kultury oraz o powierzchowność oferowanych doświadczeń, to jednak w przypadku kina zarzuty te wydają się zupełnie nietrafione. Polskie imprezy filmowe starają się często stworzyć przestrzeń obcowania z kulturą wysoką. Warto również zauważyć, że opozycja pomiędzy festiwalami a całoroczną działalnością kulturalną jest w praktyce dość nieostra, ponieważ cykliczne imprezy często „promieniują” na życie filmowe przez cały rok. Od lat stałym elementem wydarzeń festiwalowych są warsztaty, akademie oraz inne formy pozwalające zdobyć uczestnikom wiedzę o X muzie i wypróbować praktyczne umiejętności. Nagrodzone na przeglądach, czasem zupełnie nieznane filmy nie znikają w próżni wraz z zakończeniem wydarzenia, ale trafiają często do szerszego obiegu — są pokazywane w innych miastach na replikach festiwali, a czasem także wydawane na DVD lub wyświetlane w kinach studyjnych. Festiwale mają ogromne znaczenie także w mniejszych miastach, gdzie często nie tylko pełnią funkcję corocznych atrakcji, lecz także stają się motorem napędowym inicjatyw kulturalnych realizowanych w ciągu całego roku. Cykliczne imprezy nie są więc wrogiem regularnych pokazów filmowych czy DKF-ów, ale często je inicjują i wspomagają. Nie trzeba dodawać, że samo stworzenie festiwalu nie powoduje automatycznie ożywienia życia kulturalnego w regionie — jak podkreślają organizatorzy imprez, aktywizacja lokalnej społeczności nie jest zadaniem łatwym. Niezbędna jest atrakcyjna oferta, a także starania animatorów kultury, którzy są w stanie zebrać grupę wiernej publiczności. Z pewnością jednak rozpatrywana w szerszym kontekście społecznym i edukacyjnym festiwalizacja ma ogromny kulturotwórczy potencjał. Nie należy zatem bać się „festiwalozy”, a jedynie walczyć z jej negatywnymi objawami.

[1]  H. Haussermann, W. Siebel, Die Politik der Festivalisierung und die Festivalisierung der Politik, „Leviathan” 1993, nr 13.

[2]  P. Czerkawski, Eliade jeździłby na festiwale, „Ekrany” 2013, nr 3-4 (13-14), s. 5.

[3]  Por. T. Szlendak, K. Olechnicki, Nowe praktyki kulturowe Polaków: megaceremoniały i subświaty, Warszawa 2017, ss. 13, 38.

[4]  Ibidem, s. 155.

[5]  Autorzy Nowych praktyk kulturowych Polaków zwracają uwagę, że publiczność festiwalu Dwa Brzegi w Kazimierzu Dolnym jest również względnie homogeniczna pod względem społecznym — chodząc po mieście, można rozpoznać, kto jest uczestnikiem imprezy. Zupełnie inaczej sytuacja wygląda w wypadku festiwali nieartystycznych. T. Szlendak, K. Olechnicki, Nowe praktyki…, dz. cyt., ss. 181-182.

[6]  R. Syska, Filmowy neomodernizm, Kraków 2014, s. 172.

[7]   Ibidem, s. 173.

[8]  Jest on dostępny między innymi na stronach Nowych Horyzontów i American Film Festival. Użytkownicy mogą oznaczać filmy metkami: zieloną („tak, wybieram się na ten film”), żółtą („nie jestem pewien/alternatywnie”) i czerwoną („już widziałem/nie wybieram się na ten film”). Festiwalowicze widzą na stronie, ile metek danego koloru ma każdy film i mogą umieszczać na stronie komentarze. Zob.: https://www.nowehoryzonty.pl/artykul.do?id=1429 (dostęp: 12.08.2018).

[9] Zob. https://forum.nowehoryzonty.pl/ (dostęp: 12.08.2018).

[10] B. Żurawiecki, O etykiecie festiwali filmowych, wpis na blogu: https://www.alekinoplus.pl/aleblog-o-etykiecie-festiwali-filmowych_1576 (dostęp: 12.08.2018).

[11]  Za cenne informacje na temat festiwalu bardzo dziękuję pani Paulinie Pachulskiej-Wojdak, dyrektor OKFA.

[12] Organizatorem wydarzeń jest Fundacja Sztuki Współczesnej In-Situ.

[13] Zob. Szaleństwo, rozmowa Pauliny Wrocławskiej z Bożenną Biskupską i Zuzanną Fogtt, http://www.dwutygodnik.com/artykul/6083-szalenstwo.html (dostęp: 14.08.2018).

[14] Za informacje na temat publiczności festiwalu dziękuję pani Lenie Domagale, kurator SlowFest w zakresie kultury, warsztatów i wydarzeń dodatkowych.

2019-02-25T14:05:52+00:00środa, 27 Luty 2019|
Wielkość czcionki
Kontrast