--Sceny z kina sportowego – subiektywna „złota jedenastka”

Sceny z kina sportowego – subiektywna „złota jedenastka”

Dominik Wierski

Bardzo się ucieszyłem, kiedy Redakcja EdukacjiFilmowej.pl zaproponowała mi napisanie tekstu dotyczącego sportu w polskim filmie przed 1989 rokiem. To obszar moich badań, leżący w dodatku na styku dwóch największych pasji. Tym razem postanowiłem jednak odejść od obiektywnego, „suchego” opisu, by w zamian zwrócić się w stronę kinofilskiej, a niekiedy też kibicowskiej przyjemności. Proponuję zatem subiektywny wybór najbardziej pamiętnych sportowych scen powstałych do 1989 roku w polskim kinie – tym typowo sportowym, ale też takim, w którym sport nie jest głównym tematem, lecz mimo tego pojawia się jako źródło istotnych znaczeń.

Przez scenę będę zazwyczaj rozumiał fragment filmu przedstawiający część akcji rozgrywającej się w tym samym czasie i przestrzeni, tym niemniej specyfika kina dokumentalnego czy eksperymentalnego (a właśnie w takim obiegu obrazy sportu bywają szczególnie frapujące) skłania tu do pewnej swobody. Przywołam filmy, w których znalazły się momenty poświadczające moim zdaniem o szczególnej wrażliwości autorów na fenomen sportu i towarzyszących mu kontekstów społecznych, psychologicznych, kulturowych czy historycznych. Sceny ułożone będą w nieprzypadkowej kolejności i będzie ich jedenaście, co jest oczywiście nawiązaniem do popularnych zabaw miłośników piłki nożnej, polegających na wybieraniu różnego rodzaju wymarzonych drużyn.

  1. Temat sportowy (1978) – w szatni przed walką

Spośród wszystkich sportowych dyscyplin na ekranie, nie tylko w kinie polskim, najlepiej wygląda boks. W Temacie sportowym Bohdan Kosiński w ogóle nie pokazał starcia na ringu, z premedytacją kończąc film gongiem, który rozpoczyna walkę. Najważniejsze jest bowiem to, co dzieje się jeszcze w szatni. Młody zawodnik Stanisław Kozicki za moment ma stoczyć pojedynek z mistrzem Europy i złotym medalistą olimpijskim Jerzym Rybickim. Kamera przygląda się rozgrzewce głównego bohatera, podsłuchuje ostatnie uwagi trenera, przede wszystkim zaś chwyta atmosferę chwil tuż przed wyjściem na ring. Zza ściany dobiegają stłumione odgłosy widowni, czuje się tremę i emocje, a zarazem podniecenie wielką szansą. Zmitologizowana bokserska narracja, której najsłynniejszą egzemplifikacją są oczywiście losy Chucka Wepnera i wzorowanego na nim Rocky’ego Balboa, u Kosińskiego dzieje się naprawdę. „Do stracenia nie masz nic, a do zdobycia wszystko” – słyszy od działacza Kozicki. Sens sportowej rywalizacji polega bowiem na walce nawet wówczas, gdy wydaje się, że nie ma szans na zwycięstwo. Surowe, czarno-białe zdjęcia podkreślają autentyzm przeżywanych emocji, a ustawienia kamery w ciasnej szatni potęgują uczucie wielkiej presji. Mistrzowsko zrealizowany, krótki dokument Kosińskiego to jeden z najbardziej wnikliwych psychologicznych portretów w kinie sportowym.

  1. Papa Stamm (1978) – ostatnia walka w Meksyku

Znakomity obraz Krzysztofa Rogulskiego o najsłynniejszym polskim trenerze bokserskim jest połączeniem filmu dokumentalnego i fabularnego. Typowe dla dokumentu archiwalia i wypowiedzi wprost do kamery przeplatane są inscenizacjami, w których prawie wszyscy najsłynniejsi podopieczni Feliksa Stamma grają samych siebie, bez odmładzającej charakteryzacji odtwarzając wydarzenia z przeszłości. Nie ma jedynie nieżyjącego już wówczas Antoniego Kolczyńskiego. Jego dramatyczny los puentuje doskonała fabularyzowana scena, w której po zakończonym treningu, samotny, w pustej sali gra na harmonijce ustnej. Ogromną siłę ma też scena przynależąca do porządku dokumentalnego. Pod koniec filmu Jerzy Kulej wspomina ostatnie Igrzyska Olimpijskie w karierze Stamma. Mówi o zmęczonej twarzy trenera, podłamanego brakiem oczekiwanych sukcesów w Meksyku, a także o słowach, jakie usłyszał od niego tuż przed finałową walką. „Jurek, jesteś ostatni. Jak ty już nie, to tego [hymnu – D.W.] chyba nie usłyszymy na tej olimpiadzie. Jest koniec olimpiady, ostatnia szansa. Pamiętaj”. Było to tak szalenie mocne i takie wymowne… No niewiele tych słów, ale forma, w jakiej to powiedział… Czułem, że gdyby mi dwóch przeciwników postawili wtedy tam i jeszcze jakąś przeszkodę, to też bym się na to rzucił, żeby pokonać, żeby usłyszeć ten hymn i żeby zrobić temu starszemu panu tę przyjemność wysłuchania tego hymnu”. Siła tej sceny tkwi w prostocie. Wybitny bokser w zwięzłych, potocznych słowach wspomina chwilę, w której sportowe zwycięstwo nabiera szczególnego znaczenia. Trudno o inny tak autentyczny dowód emocjonalnej więzi sportowca z trenerem, a zarazem przejmujące świadectwo końca pewnej epoki. Rogulski w swym nostalgicznym filmie uchwycił wielkość złotej ery polskiego boksu, ale oddał również głęboko ludzkie oblicze tworzących ją zawodników i wielkiego trenera.

  1. Perła w koronie (1971) – mecz na dole i mecz na górze

W wybitnym filmie Kazimierza Kutza opowiadającym o strajku w śląskiej kopalni w latach 30. znalazły się dwie piękne piłkarskie sceny. Najbardziej pamiętną jest mecz rozgrywany przez górników wiele metrów pod ziemią. Wśród wszechobecnego czarnego pyłu, w poszarpanych strojach mężczyźni z wielkim zaangażowaniem walczą o piłkę, czyniąc to wbrew strajkowej logice – siły trzeba przecież oszczędzać. Kutz pokazuje, jak wielkie społeczne i kulturowe znaczenie dla przedwojennych mieszkańców Górnego Śląska miała piłka nożna. Oddaje też specyfikę śląskiego charakteru, pełną poświęcenia i zawziętości, ale też godności i szacunku – przed rozpoczęciem gry obie drużyny wykonują okrzyk symbolizujący szacunek dla ducha fair play i rywala: „Na cześć przeciwnika – cześć!”. Mecz na dole zostaje przerwany przez przywódcę strajku, chcącego uchronić górników przed całkowitym wyczerpaniem. Na górze zaś toczy się normalne życie i ukochany przez bohaterów Ruch gra w tym czasie z Cracovią, a wynik meczu zadecydować może o tytule mistrza Polski. Jeden z górników, August, który dawniej grał jako bramkarz, rozmawia ze swym kolegą Jasiem o meczu, składzie Ruchu, mglistej przyszłości. W tej krótkiej, ale wymownej scenie Kutz oddaje swego rodzaju hołd piłkarskiej miłości Ślązaków – Ruchowi, wówczas jeszcze oficjalnie nie z Chorzowa, a z Wielkich Hajduk. „Niebiescy” stali się symbolem śląskiego sportu, piłki nożnej, polskości w regionie, a także charakteru i postaw jego mieszkańców. Kutzowi udało się ukazać kwintesencję tego sportowego i socjologicznego fenomenu.

  1. Hokej (1976) – wyjście zawodnika RFN z szatni

Stuprocentowy Dziworski – tak można by określić to arcydzieło krótkiej formy, doskonale ukazujące istotę tytułowej dyscypliny, ale też manifestujące artystyczną filozofię twórcy. Dynamiczne, podkreślające warstwę dźwiękową sceny z Mistrzostw Świata w Katowicach przenikają się z wystylizowanymi inscenizacjami oraz obrazami dzieci, które stawiają pierwsze kroki na lodowisku. Trudno rozpatrywać Hokej w ramach konkretnych scen, ponieważ atmosferę filmu buduje zestawienie krótkich, kontrastowych obrazów kondensujących w sobie oblicze dyscypliny: szybkie akcje, twarde pojedynki, emocje na ławce trenerskiej, spięcia i bójki. W pamięć zapada niewątpliwie puenta filmu. W ujęciu POV kamera rejestruje przejście przez labirynt korytarzy w hali sportowej. Pojawiają się przebitki na roześmiane twarze dzieci czerpiących radość z przygody z hokejem, ale jest też, zapewne dość bolesny, upadek jednego z nich. Kamera wraca na korytarz, tym razem widać już, że podąża nim zawodnik reprezentacji RFN. Idzie wyprostowany, silny, niczym współczesny gladiator. Słychać stukot łyżew o podłogę, wzmacnia się owacja widowni. Hokeista wkracza na rozświetlone lodowisko, obraz się ściemnia, słychać tylko gwizdek i odgłosy kolejnego meczu. Dziworski pokazuje, że hokej fascynuje swą szybkością i nieustannym ruchem. To jednak sport brutalny, do czego rozpoczynające przygodę na lodowisku dzieci muszą przywyknąć. Sport staje się metaforą procesu życiowej inicjacji. Hokej wymaga bólu i walki, w zamian dając poczucie męstwa. Chłopcy przygotowują się, by zostać mężczyznami. Jeśli będą wytrwali, to być może za jakiś czas, tak jak niemiecki zawodnik, wyjdą na arenę medialnego spektaklu, jakim stał się współczesny sport.

  1. Olimpiada 40 (1980) – zawody kolarskie

Film Andrzeja Kotkowskiego nawiązuje do potajemnych Igrzysk Olimpijskich zorganizowanych w Stalagu XIII A Langwasser w 1940 roku. Jeńcy z państw alianckich usiłują podtrzymać olimpijskie idee, pomimo zagrożenia ze strony Niemców. Każda z nacji odpowiada za inną konkurencję, wyścig kolarski w obozowym baraku przygotowują rozmiłowani w tej dyscyplinie Belgowie. W konspiracyjnych warunkach jeńcy zachowują podniosły ceremoniał olimpijski – jest flaga z pięcioma kołami, zapalony zostaje prowizoryczny znicz. Rowery są oczywiście nieruchome, przytwierdzony kołowrotek mierzy wirtualny dystans przejechany przez zawodników. Zwycięża Francuz, a jego triumf uhonorowany zostaje pamiątkowym proporczykiem i odegranym na harmonijce hymnem. Marsylianka, tak jak w Casablanca, staje się symbolem dążenia do zwycięstwa z hitleryzmem i zachowania wewnętrznej wolności. W sprawnie zrealizowanej Olimpiadzie 40 Kotkowski zarysował dramatyczny konflikt totalitaryzmu z humanizmem uosabianym przez olimpijskie idee.

  1. Ślizgiem do nieba (1985) – spojrzenie Marszałka

Pozwolę sobie na moment osobistych wspomnień. Kiedy pod koniec lat 80. jako kilkuletni chłopiec chodziłem nad żnińskie jezioro oglądać zawody motorowodne, Waldemar Marszałek był już prawdziwą legendą polskiego sportu. Wciąż wspominano jego heroiczne powroty po groźnych kraksach, m.in. właśnie w Żninie. Nikt nie budził takiego aplauzu widowni, jak niezniszczalny zawodnik w łodzi z numerem 11. W niezwykły sposób dramatyczne wydarzenia z kariery Marszałka oświetlił film Jacka Bławuta, specjalisty od niekonwencjonalnych, intymnych dokumentów o zmaganiach na sportowych arenach i poza nimi. W Ślizgiem do nieba słynny motorowodniak z pozoru beznamiętnie opowiada, początkowo zza kadru, o swym niezwykle groźnym wypadku odniesionym podczas zawodów w Berlinie. Gdy kończy wymienianie długiej listy bolesnych i zagrażających życiu urazów, na kilka sekund milknie, patrząc wprost w obiektyw kamery. Zdaje się, że Bławut odsłania w tym momencie najbardziej osobiste przeżycia swego bohatera, ukazując szczególną chwilę jego autorefleksji, zastanawiania się nad ceną podejmowanego ryzyka, ulotnością ludzkiego życia i śmiercią. Bławut jest zafascynowany sportem, ale jeszcze bardziej interesuje go złożoność ludzkich postaw, konsekwencja i heroizm zmagań o zwycięstwo. Ślizgiem do nieba to bez wątpienia jeden z najciekawszych przykładów autorskiej strategii reżysera.

  1. Kat (1976) – trening w lesie

Górski, Stamm, Mulak – polscy trenerzy, których nazwiska na zawsze pozostaną synonimem sportowej wielkości. Wśród nich koniecznie musi się znaleźć także Hubert Wagner, który doprowadził biało-czerwonych siatkarzy do zdobycia złotych medali Igrzysk Olimpijskich i Mistrzostw Świata. Poświęcono mu film o wielce wymownym tytule Kat. Wagner doskonale wiedział bowiem, że droga do sukcesu prowadzi przez godziny ciężkiej pracy i litry wylanego na treningach potu. Film Witolda Rutkiewicza otwiera humorystyczny prolog, w którym zdjęcia Wagnera z dzieciństwa zestawione zostają ze stylizowaną na mroczną baśń, przerysowaną opowieścią o nim jako zakochanym w sobie tyranie-kacie. Później zaś następuje scena, która ma bezcenną wartość dokumentalną, a zarazem symboliczną. Jest 1976 rok, w lesie w Rudziskach Pasymskich zawodnicy polskiej reprezentacji odbywają intensywny trening wytrzymałościowy. Skorek, Wójtowicz, Bosek, Gawłowski, Rybaczewski i inni ze specjalnymi kilkunastokilogramowymi ołowianymi pasami biegają długie dystanse, wykonują ćwiczenia gimnastyczne, a nawet tną piłami gruby pień drzewa. Monumentalna muzyka innego Wagnera, Ryszarda (idealna, jak się okazuje, do scen zrzucania napalmu i treningów „Kata”), zostaje wyciszona, słychać tylko przyspieszone, ciężkie oddechy i kontrastujący z nimi śpiew ptaków. W pewnym momencie zza kadru pada też szorstkie ponaglenie: „Dawaj, dawaj, dawaj!”. Leśne sceny, które stanowią lejtmotyw narracji Kata, zostały w dużej mierze zainscenizowane na potrzeby filmu. Ponoć znalazło się w nich trochę udawania, ekranowy efekt jest jednak mocny. Powstała kwintesencja wizerunku Wagnera jako szkoleniowca kładącego szczególny nacisk na siłę i kondycję podopiecznych, ale też wielkiego autorytetu. Wprawdzie trudno orzec, czy takie forsowanie zawodników było niezbędne i korzystne dla ich zdrowia, to jednak konstrukcja filmu nie pozostawia wątpliwości, że leśna „harówka” miała sens. Narracja Kata układa się w opowieść o ekscentrycznym geniuszu, który ryzykuje i wymaga wiele od swych współpracowników, ale na horyzoncie widzi konkretny cel do osiągniecia. Polacy byli już wtedy mistrzami świata, lecz Wagner zdawał sobie sprawę, jak trudno wyzwolić w takich przypadkach motywację do kolejnych sukcesów. A te osiągnął ze swą drużyną już kilka tygodni później, na Igrzyskach Olimpijskich w Montrealu. Parafrazując tytuł socrealistycznej powieści Nikołaja Ostrowskiego można rzec, że w lesie w Rudziskach Pasymskich „hartowała się stal”, która wkrótce zmieniła się w złoto.

  1. Pojedynek (1967) – studium wysiłku

Niespełna siedmiominutowy dokument Janusza Majewskiego powstał w czasach, gdy stadiony zapełniały się podczas międzynarodowych meczów lekkoatletycznych. Na Stadionie Dziesięciolecia trwa rywalizacja Polski z USA, a Majewski przez prawie cały film koncentruje uwagę na pojedynku kulomiotów Alfreda Sosgórnika i Davida Davisa. Pojedynek to właściwie jedna kilkuminutowa scena, w której reżysera mniej interesują uzyskiwane przez atletów odległości, a bardziej ich mimika, gesty, czy szczególna gracja ich potężnych ciał. Autorska wizja Majewskiego zostaje ujawniona z całą mocą, gdy zaczynają pojawiać się stopklatki, zwolnione tempo, nietypowe efekty dźwiękowe. Zapis rywalizacji Sosgórnika i Davisa staje się studium sportowego wysiłku, determinacji, panowania nad ciałem i emocjami. Majewski na ułamki sekund zatrzymuje obraz, by wyeksponować poszczególne fazy rzutu, jego ekspresję, ale i precyzję, czy wręcz delikatność ruchów potężnych zawodników. Zwycięża Amerykanin, a w chwili dekoracji Majewski raz jeszcze na moment zatrzymuje obraz, by wyeksponować sportowców patrzących sobie z szacunkiem w oczy. Dali z siebie wszystko, zwyciężył lepszy, ale obaj zasługują na uznanie.

  1. Przepraszam, czy tu biją? (1976) – milicyjny boks

Kolejny film, który pomimo tego, że nie dotyczy bezpośrednio sportu, zawiera ważny sportowy kontekst. W tym bodaj pierwszym polskim „amerykańskim” filmie Piwowskiemu udało się stworzyć unikalny klimat twardej męskiej rozgrywki, do czego posłużyły sprawnie przyswojone schematy hollywoodzkiego kina policyjnego, ale także sportowe mity. W role inspektorów Mildego i Górnego wcielili się Jerzy Kulej i Jan Szczepański. W najsłynniejszej scenie filmu na komendzie milicji dwaj „gliniarze”, by odetchnąć na chwilę od śledztwa, zakładają rękawice bokserskie i toczą krótki sparing. Nie wyprowadzają zbyt silnych ciosów, ale widać, że nie zapomnieli, jak poruszać się na ringu. Przede wszystkim zaś porozumiewawczymi uśmiechami zdradzają umowność sytuacji – to przecież nie milicjanci toczą sparing, tylko wielcy mistrzowie polskiego boksu „mrugają okiem” do widza, na moment wychodzą ze swych ról i stają się sobą.  Piwowski pokazał, jak trwałe są sportowe mity i jak dobrze odnajdują się w rozmaitych konwencjach kultury popularnej. Przede wszystkim zaś pokłonił się najwspanialszej epoce polskiego boksu i jej dwóm wybitnym przedstawicielom.

  1. Jubileuszowy (1967) – peleton

Kolarstwo było tematem kilku ciekawych filmów, m.in. Autobusu z napisem „Koniec”, noweli kolarskiej w Trzech startach czy też propagandowego, ale niepozbawionego uroku Zaczarowanego roweru. Jan Łomnicki na tę niezwykle popularną w PRL dyscyplinę spojrzał w sposób szczególny. Samego kolarstwa jest bowiem w Jubileuszowym bardzo niewiele, ale to ono nadaje sens temu, na co reżyser patrzy z dużą dozą ciepła. Właściwym tematem filmu jest bowiem przygotowywanie się mieszkańców Więcborka do przejazdu peletonu Wyścigu Pokoju przez ich miasto. Kamera przygląda się, jak niemal wszyscy dekorują ulice, po czym w napięciu oczekują na przyjazd kolarzy. Pojawiają się oni w kulminacyjnym momencie filmu, właściwie przemykając przez odświętnie przystrojone miasteczko. Trudno przyjrzeć się rozpędzonym zawodnikom, peleton, na który oczekiwano w takim poruszeniu, znika po kilku chwilach. Mali chłopcy wypatrują jeszcze jakichś zawodników, ale to już koniec, wszyscy już przejechali. Życie w miasteczku wraca do swego normalnego, nieco sennego rytmu polskiej prowincji lat 60. Czy warto było poświęcać tyle czasu na przygotowania trasy? Łomnicki zdaje się udzielać odpowiedzi twierdzącej, mimo, że świadomie wyeksponował efemeryczność pobytu kolarzy w mieście. Samo znalezienie się miejscowości na trasie Wyścigu Pokoju było bowiem wyróżnieniem i wydarzeniem, które jeszcze długo będzie się wspominać. Przystrajanie miejskich ulic i wyczekiwanie na peleton w jakiś sposób zjednoczyło mieszkańców, stworzyło poczucie współuczestnictwa w święcie, jakim stały się sportowe imprezy. Łomnicki po mistrzowsku pokazał doniosłe społeczne znaczenie sportu, ale i ulotność niezwykłych chwil, po których wraca zazwyczaj codzienna rutyna.

  1. Do góry nogami (1982) – Wilimowski i Peterek na weselu

Po lekturze tego wyreżyserowanego przez Stanisława Jędrykę filmu w pamięci widza zostaje przede wszystkim ekstremalnie bolesne, przeszywające zakończenie. I cóż, choć jest ono uzasadnione historycznym kontekstem i prawdą o okrucieństwie wojny, to jednak może nawet powstrzymywać przed ponownym obejrzeniem filmu. Znać go jednak naprawdę warto, ponieważ oprócz barwnego obrazu śląskich ulic i podwórek lat 30. i czasu wojny zawiera też w sobie mnóstwo drobnych, ale smakowitych scen przywołujących magiczny klimat polskiego futbolu czasów międzywojnia, widzianego z perspektywy zakochanych w piłce chłopców z familoków. To zatem opowieść nie tyle o samym sporcie, co o sportowej pasji. Ujawnia się ona m.in. w barwnej scenie wesela puzonisty Edzia, podczas której jeden z chłopców mówi: „Ja nie chcę być królem, ja będę graczem Ruchu!”. Najważniejsze dzieje się chwilę później – na podwórko dumnym krokiem wkraczają ubrani w białe garnitury Ernest Wilimowski i Teodor Peterek, najlepsi gracze Ruchu. Orkiestra gra na ich cześć, wszyscy patrzą w ich kierunku, a oni z lekką dezynwolturą idą złożyć ślubne życzenia młodej parze. Zachowują się tak, jakby byli u siebie, bo przecież na każdym podwórku w Wielkich Hajdukach byli królami. Jędryka pomysłowo rekonstruuje mityczny wymiar piłkarskich idoli, koncentrując się na kulturowym i społecznym wymiarze futbolu. Całość zaś umiejętnie przepełnia nostalgią.

Powyżej przywołałem te momenty spotkań polskiego kina i sportu, które po prostu lubię i cenię najbardziej. Powyższy wybór ma charakter subiektywny, na pewno jednak – choćby w jakimś stopniu – pokazuje wielość kunsztownych odniesień do tematyki sportowej w polskim kinie przed 1989 rokiem. To kino przypadające na czas PRL, ale nieobciążone jej ograniczeniami, na ogół w pełni autonomiczne, udowadniające, jak wiele można powiedzieć o sporcie za pomocą sztuki filmowej. Zagłębianie się w lekturę sportowych motywów w polskim filmie to odbiorcza przygoda. Na tych, którzy wyjdą jej naprzeciw, czeka wiele satysfakcji.

2018-01-25T12:04:49+00:00środa, 13 Wrzesień 2017|
Wielkość czcionki
Kontrast